wtorek, 4 marca 2014

Podbijamy Jiufen! Shinto, więcej targów i~ zaginiony Niemiec

– Mówiłem, żebyś założyła coś normalnego, durna Polko! – dąsa się Eric, mordując wzrokiem moje eleganckie spodnie, falbaniastą bluzkę i pelerynę w wiktoriańskim stylu, gdy całą grupą pakujemy się do pociągu. Dzisiejsza wataha składa się z dziesięciu wilków: czterech Tajwańczyków, Australijki, mieszkańca Bermudów, dwóch Japończyków, Niemca i Polki. Wydzieramy się wniebogłosy, co w rzeczy samej jest zachowaniem iście nietajwańskim, toteż co rusz padają na nas zdumione spojrzenia grzecznych tubylców. Ale najważniejsze pytanie, jakie najprawdopodobniej chodzi im po głowach, to: jakim cudem łajgłożeni są wymieszani z Azjatami?! Przecież to nienaturalne, żeby te białe bestie zadawały się z ludźmi! (ludzie – czyli żółci) Nawet czterdziestoletni pan stojący obok mnie przerywa na moment grać w Candy Crush (tak na marginesie, bardzo popularna gierka tutaj, także wśród dorosłych; w metrze gra w nią średnio co piąty Chińczyk), co by móc przysłuchać się, o czym mówimy.
 – Wybacz – odpowiadam śmiertelnie poważnym tonem, nie racząc nawet spojrzeć na swojego rozmówcę – ale twój angielski jest tak beznadziejny, że prawdopodobnie nie zrozumiałam nawet, co właściwie chciałeś powiedzieć~ durny Chińczyku.
Twarz Erica w mgnieniu oka robi się bordowa.
 – Nigdy. Nie. Nazywaj. Nas. Chińczykami – syczy; jego czarne jak węgiel oczy niebezpiecznie się świecą. – Nie mam z Chinami nic wspólnego, jestem Tajwańczykiem!
 – Czy oficjalnie Tajwan nie jest przypadkiem chińską prowincją? – wtrąca Ken’ichirou, pojawiając się znienacka między nami. – Nawet nazywacie się „Republika Chińska”.
Groźna aura Erica przechodzi ze mnie na Japończyka.
 – Po czyjej ty jesteś stronie, Ken?!
 – Po stronie prawdy – odrzeka spokojnie Ken’ichirou, wywracając oczami. – Tak samo jak jestem po stronie tych, którzy na frytki mówią chips, a nie French fries. To bez sensu, nie zostały nawet wynalezione we Francji~ Są belgijskie.

Ostatnie zdanie przywołuje wspomnienia~

RETROSPEKCJA
Spędzam sobie wieczór z wymieńcami z innych dystryktów. Większości osób nie znam, gdyż przeważnie włóczę się z osobami ze swojego dystryktu, ale ostatnio stwierdziłam, że powinnam stać się istotą nieco bardziej społeczną (nie, wcale nie robię tego w celu zdobycia kolejnych przypinek, wcale!). Przede mną grupka Amerykanów zawzięcie o czymś dyskutuje, tyłem do mnie stoi jakiś niski, anorektyczny Azjata i drapie się po głowie. Próbując wciągnąć się w rozmowę, wydaję głośno komentarz nota bene opowieści prowadzonej przez jakąś dziewczynę. W tym momencie Azjata się odwraca; na mój widok pojawia mu się na twarzy tak zwany banan, ale co mnie szczerze zaskakuje, to~
 – Dziewica! (Virgin!) – wypala, zwalając mnie kompletnie z nóg.
 – Że c-c-co? – udaje mi się wychrypieć po chwili szoku, jakiego właśnie doznałam. Randomowy koleś odwraca się do mnie i pierwsze słowo, jakie pada z jego ust, to „dziewica”. Co jest grane?!
 – Jesteś może z Belgii? – pyta nieśmiało Amerykanin stojący za Azjatą-hobbitem.
 – Nie, nie jestem~ Jak możesz teraz o tym mówić? Koleś właśnie rzucił dziewicą w moim kierunku!
Azjata wybałusza na mnie swoje czarne ślepia, unosząc wysoko brwi. – Że jak cię nazwałem?
 – Dziewica!
Następuje chwila ciszy~ i po chwili koleś zgina się wpół, śmiejąc się do rozpuku.
 – Co się tak śmieszy? – pytam obrażonym tonem. Niektórych ludzi po prostu nie potrafię ogarnąć.
 – Wybacz – mówi, ocierając łzy. – Powiedziałem „Belgijka” (Belgian). To wina mojej wymowy, po prostu w moim języku „v” i „b” brzmią tak samo~ Haha!
 – Haha, no spoko, niech będzie – śmieję się, bo mimo wszystko sytuacja faktycznie dosyć zabawna. No niech to, dlaczego ja zawsze muszę mieć takie pokręcone wejścia? Czemu nie mogę poznawać nowych ludzi w sposób normalny? – Jestem Aleksandra, a ty? Jak masz na imię?
 – Ken’ichirou, ale możesz mi mówić Ken. Właściwie to wszyscy wołają na mnie Ken, bo mało kto potrafi wymówić moje imię we właściwy sposób.
To wprowadza mnie w zastanowienie. Ken’ichirou~ Słowo bym dała, że brzmi jak imię japońskie. Skąd może być ten gostek?
 – Ej, a skąd jesteś?
 – Z Japonii.
 – NIEMOŻLIWE! – wymyka mi się mimowolnie.
 – Czemu niemożliwe?
 – Bardzo dobrze mówisz po angielsku~
KONIEC RETROSPEKCJI

 – Szybciej, szybciej! – drze się na nas Eric podczas opuszczania pociągu. Co za małpa, jakim prawem on się tak rządzi, jest dwa lata młodszy ode mnie. – Polko, będziesz żałować, że nałożyłaś te księżniczkowe pantofelki.
 – Dobra, dobra – mruczę pod nosem sarkastycznie, odgarniając z czoła grzywkę. Dzisiejszy dzień jest wyjątkowo słoneczny. I bardzo dobrze, doskonała pogoda do włóczenia się po obcym mieście. W dzisiejszym przypadku – Jiufen (九份). Nasi przewodnicy: grupka Tajwańczyków w naszym wieku (poza Ericiem). Cel: lokalny targ, sklepiki, podziemne tunele pełne endemicznych gatunków i japońska świątynia. Zapowiadałaby się super wyprawa~ gdyby nie jeden upierdliwy Tajwańczyk. Nie no, w głębi serca go lubię~ w głębi. Tak.  

No ale na początku musimy się dostać do miasteczka, bo jak na razie to jesteśmy w samym centrum tak zwanego zadupia. Eric wyskakuje na jezdnię, co według mnie jest kompletną głupotą, gdyż na tajwańskich ulicach nigdy, ale to nigdy nie można czuć się bezpiecznie, bo ludzie prowadzą tragicznie, jakby pierwszy raz siedzieli za kółkiem. Na drogach panuje po prostu chaos, motory i skutery nadjeżdżające z każdej strony, niekoniecznie pilnując się świateł, kierowcy nieprzepuszczający pieszych na przejściach~ No normalnie jedna wielka Tajwańska Masakra Piłą Mecha~ A nie, to nie było w Tajwanie. Wracając do opowieści – Ericowi udaje mu się złapać dwie taksówki, toteż dzielimy się na dwa zespoły i bezpiecznie pakujemy do wnętrz samochodów. Nie myśląc za wiele, rozwalam się tuż obok Naokiego oraz jego plecaka bez dna. Po zamknięciu drzwi i odpaleniu silnika uświadamiam sobie jedną rzecz.
 – Ej, ludzie – mówię cichutko – jestem tutaj jedyną osobą, która nie jest Azjatą. Trochę dziwnie mi.
Padają na mnie spojrzenia dwóch Tajwańczyków i dwóch Japończyków (kierowca jest zajęty innymi, ważniejszymi sprawami niż łajgłożeni korzystający z jego usług).




 – Trzymaj – mówi śmiertelnie poważnym tonem Eric, wręczając mi jakiś czerwony świstek. – Szczęśliwego nowego roku.
No jakże mogłabym zapomnieć – Chiński Nowy Rok! Chociaż niewątpliwie nieco dziwnie jest słyszeć „szczęśliwego nowego roku” na początku lutego.
 – Eric, co to jest? – pytam, przyjrzawszy się uprzednio świstkowi pod różnymi kątami.
 – Kartka noworoczna. Z życzeniami i doklejoną monetą na szczęście, sam zrobiłem.
 – Ty tak na serio? Myślałam, że mnie nienawidzisz!
 – Bo cię nienawidzę – prycha, przewracając oczami – głupia Polko.
Pomimo tego, że jestem jedyną osobą, do której nie zwraca się po imieniu, to i tak czuję jakieś takie ciepło w sercu. To pierwszy raz, gdy dostaję kartkę z takiej okazji. Miłe uczucie.

Pierwszy punkt programu – lokalny targ. I tutaj przydałoby się wyjaśnić jedną małą rzecz. Otóż w kulturze chińskiej jest zwyczaj dawania dzieciom z okazji Chińskiego Nowego Roku tak zwanych hong bao – czerwonych kopert. Z pieniędzmi. Tradycja ta wywodzi się z tego, że rodzice chcą „pożegnać stary rok w dobrym stylu”, a same pieniądze mają „być pozytywnym rozpoczęciem kolejnego roku” oraz „przynosić szczęście, powodzenie i bogactwo” dziecku. Przyznam, że bardzo fajny zwyczaj. Znaczy się – mojemu portfelowi się podoba.
Także jako że cała nasza ekipa z oczywistego powodu się ostatnio dość mocno wzbogaciła, kierujemy się w stronę targu. Lokalne łakocie takie jak drożdżówki z taro czy mango, lody o smaku Oreo (sic! – zobacz poprzedni post) czy moje kochane douhua (豆花) – to wszystko wymaga spróbowania, bo tutejsze smaki nieco różnią się od tych w Tajpej. Są najzwyczajniej unikatowe.










 
Ostro szalejemy, mimo że tłum nieziemski i zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że niemal tak samo potężny jak ten z tajpejskiego metra w godzinach szczytu. Ale nie to jest teraz najważniejsze. Oglądam się za siebie; Naoki stoi przy stoisku z mini-flecikami i cośtam się targuje o niższą cenę, Emma wyszukuje z Hauke, Niemcem, kolejnych drożdżówek, podczas gdy Bermy-All-Day krąży po okolicy bez konkretnego celu, szukając sensacji i lansując się swoimi stylowymi okularami. 
 – Matko święta – wymyka mi się po dwukrotnym policzeniu wszystkich obecnych – gdzie są nasi Tajwańczycy? Gdzie jest Ken?!
Zabawa zostaje przerwana. Jak my w tym tłumie mamy się odnaleźć?! Dzięki Bogu, po pół godzinie ostatecznie znajdujemy zagubionych po drugiej stronie targu i w dodatku jest o tyle dobrze, że tym razem nic nikomu się nie stało, nikt nie został okradziony ani pobity, nikt nie omdlał, nikt nie poszedł samotnie żadną podejrzaną ścieżką ani nie spadł z klifu~ Ekhem. Jest południe, czas na kolejny punkt wycieczki.

Zanim jednak udamy się do tuneli, odbieramy Zoe, Amerykankę, z najbliższego przystanku. Zoe nie mieszka w Tajpej, a w Taoyuan (桃園), ale nie przeszkadza jej to w regularnym spotykaniu się z tajpejskimi wymieńcami (zresztą – jej szkoła również mieści się w stolicy). Taką oto międzynarodową grupką idziemy na odkrywanie tajemnic podziemi Jiufen. W środku, poza ukazaniem, w jaki sposób podziemia powstały, czekają na nas: nietoperze, jaszczurki i gigantyczne pająki. Oczywiście jest też klasyczny napis „prosimy niczego nie dotykać”. I to do tego po angielsku!









Na koniec zostaje świątynia, a raczej kapliczka shintoistyczna. Shinto, co prawda, teoretycznie występuje tylko i wyłącznie na terenie Japonii, ale jako że Tajwan był okupowany przez Japończyków przez calusieńkie pięćdziesiąt lat, świątynie shinto można znaleźć i tutaj. Shintoizm jest religią politeistyczną, której wyznawcy wierzą w „piękno natury”. I tak na przykład według nich duszę ma skała, drzewo, rzeka. Wszystko, co zostało stworzone przez Matkę Ziemię, należy szanować i czcić – bo jest swego rodzaju cudem. No i bardzo fajna sprawa, z chęcią porobię zdjęcia całej tej kapliczce. W Europie raczej tego nie znajdę, to trzeba korzystać z okazji, póki jeszcze mogę.

Un problema. Do kapliczki prowadzi półkilometrowa góra. A więc to dlatego Eric tak nabijał się z moich butów~ Szlag by go, mógł mnie chyba normalnie uprzedzić, że będziemy się wspinać, prawda? W pocie czoła jakoś pokonuję powoli schodek za schodkiem. Tuż obok mnie niewzruszeni Eric i Ken na widok młodych drzewek wiśniowych zaczynają wykłócać się, czy powinno się na nie mówić „yinghua”, czy może „sakura”.
 – Jesteśmy w Tajwanie – oświadcza po kilkuminutowej sprzeczce Eric. Jest cały czerwony na twarzy, a jego źrenice zamieniły się w drobne pionowe kreski. Najwyraźniej ten temat bardzo go drażni. – Więc masz mówić yinghua, a nie wyskakiwać mi z językiem, którego nie rozumiem.
 – Tak, to Tajwan – przyznaje, tak dla kontrastu, niezwykle spokojny Ken – ale też japońska kapliczka. Więc mam prawo używać japońskiej nazwy.
 – Nie chcę nic słyszeć o japońskim. To yinghua i kropka.
 – A może by tak pójść na kompromis i mówić po prostu „drzewko wiśni”? – proponuje znienacka Naoki, jakby wyrósłszy uprzednio spod ziemi, tym samym niemal doprowadzając chłopaków do zawału serca.

Spór zostaje zażegnany. Po godzinie docieramy na szczyt. Osobiście padam ze zmęczenia, ale na widok „kapliczki” budzi się we mnie wściekłość. Toż to nic innego jak zwykły dół w ziemi z jakimś kołkiem w centrum. Kiedy stoję tak rozerwana emocjonalnie nam zdobytym celem naszej wyprawy, nie mogąc uwierzyć, że to właśnie po to tu przyszliśmy, Ken próbuje wytłumaczyć na migi jednej staruszce, która zaczęła z nim jednostronny dialog w języku tajwańskim, że jest łajgłożenem, toteż jego chiński nie jest doskonały, a z tajwańskiego to już w ogóle nie rozumie nic a nic.













Tak wygląda wykończona, ale uśmiechnięta gęba Naokiego.





Zaczyna się ściemniać, dobija godzina szósta – oznaki tego, że powoli trzeba się zbierać. Po zejściu z góry wybieramy się jeszcze szybko na moje kochane douhua (dla przypomnienia - deser z soi), a następnie kierujemy w stronę dworca.


Eric i Ken’ichirou, ujrzawszy po drodze niewielkie stoisko z domowymi wypiekami, tym razem rozpoczynają wojnę o to, czy na białą, słodką azjatycką bułeczkę powinno się mówić „mantou” (wersja chińska), czy może „manju” (wersja japońska). Obaj chłopacy podchodzą do sprawy mega poważnie – ja prawie umieram ze śmiechu. Słowo daję, te ich językowe przepychanki to dla mnie czysta rozrywka. W takiej oto wesołej atmosferze docieramy do dworca, gdzie okazuje się, że pociąg z Jiufen do Tajpej odjeżdża za czterdzieści minut. Robimy szybką naradę i po upływie kilku chwil dobieramy się w dwu-trzy osobowe grupki i rozchodzimy, co by zdążyć przed trasą zjeść jeszcze kolację. Jeżeli chodzi o mnie, to włóczę się z Zoe; wspólnie natrafiamy na coś na kształt małego targu z jedzeniem (oczywiście wszędzie ogromne, czerwone transparenty życzące szczęśliwego nowego roku), gdzie udaje nam się kupić klasyczne boksy z makaronem z warzywami oraz smażone placki ze słodkich ziemniaków. Równo dziewiętnasta trzydzieści pięć meldujemy się przed dworcem – pociąg odjeżdża za kwadrans. Widzę nadchodzącego z oddali Erica oraz Kena, cośtam jedzą z jakiejś paczki, chyba chipsy~ Naoki siedzi na pobliskiej ławce z Bermym-All-Day i wysłuchuje jego opowieści o Rotarianach, o tym, ile osób z Rotexu zdążył już poznać, a także o tym, jak bardzo niesprawiedliwe jest to, że miesięcznie każdy z nas dostaje jedynie 4000 NTD na życie (około czterysta złotych). Emma zaś, pomimo zerowej znajomości chińskiego, próbuje wkupić się w łaskę trzech pozostałych Tajwańczyków~ Gdzie jest Hauke?

Poważnie niepokoić zaczynamy się wtedy, gdy do odjazdu pociągu zostaje pięć minut, a po Niemcu dalej ani widu, ani słychu. Jako jednostka, która bez względu na okoliczności nie daje się ponieść emocjom i pozostaje zawsze w pełni opanowana, szybko ogarniam wzrokiem najbliższą okolicę – nie dostrzegam jednak ani jednej blond głowy. Spanikowany Eric przez dłuższą chwilę lata jak najęty wokół każdego i, najwyraźniej chcąc wyrzucić z siebie powoli rosnącą frustrację, co chwila chlasta jakąś obelgą, aż w końcu jego ostateczną ofiarą zostaje niczemu winny Ken’ichirou, któremu to wypomina, że Hauke to przecież JEGO przyjaciel, więc to on jest odpowiedzialny za jego sprowadzenie. Ken, nic nie robiąc sobie z ataków ze strony Chińczyka, wzrusza ramionami, po czym wyciąga komórkę i wykręca numer do zagubionego. Zero odpowiedzi.

Rozpoczynają się wielkie poszukiwania. Chodzę zrozpaczona za Zoe, przeszukując wraz z nią calusieńki targ, który zwiedzaliśmy przez południem; nie boję się tego, że ktoś mógł porwać samotnie spacerującego Hauke, to w końcu Tajwan, dość spokojny i bezpieczny kraj. Chłopak najpewniej się zgubił i tyle. Co mnie przeraża to fakt, że właśnie zwiał nam pociąg do Tajpej. A zbliża się już przecież noc.

Ken’ichirou robi drugie podejście, ponownie dzwoniąc do Niemca i, o dziwo, udaje mu się nawiązać połączenie. Wysłuchuje przez moment Hauke; niestety, nie słyszymy szczegółów dialogu, jego głos brzmi niewyraźnie. W końcu Japończykowi wyrywa się coś w stylu „och!”, po czym się rozłącza. Wszyscy czekamy zniecierpliwieni, co takiego ma nam do powiedzenia.
 – Którą mamy teraz godzinę? – pyta od niechcenia Ken. Bermy-All-Day spogląda na zegarek.
 – Dwudziestą dwadzieścia pięć.
 – A więc Hauke od trzydziestu pięciu minut siedzi w pociągu.
 – ŻE CO?! – wyrywa się nam wszystkim. Ken rozkłada ręce i tłumaczy, że to przecież nie jego wina, że tak wyszło. Hauke o umówionej godzinie, zamiast stawić się przed dworcem, zwyczajnie czekał w środku, a że nikt się nie zjawiał – wsiadł w pociąg i odjechał. Po prostu niebywałe.

Ostatecznie do Tajpej docieramy pociągiem nocnym. Eric podekscytowany zaczyna już planować kolejną wyprawę, cośtam wspominając o zbliżającym się Święcie Latarni, ale nie potrafię się skupić na niczym innym jak kombinowaniu, w jaki to sposób wrócić do mojej dzielnicy. Całe szczęście, udaje mi się złapać metro do domu jeszcze przed zamknięciem stacji. W międzyczasie dzwoni do mnie host mama z zapytaniem, czemu tak długo nie wracam. Nie mam siły na wyjaśnienia, zamiast tego zaczynam się śmiać na całe gardło, co wprawia ją nieco w zakłopotanie, ale dla mnie jest najlepszym lekarstwem na wstyd i zażenowanie~ Ostatnio czuję, że moje życie się dopiero zaczyna.

4 komentarze:

  1. Pierwsze stwierdzenie po dialogu z Ericem: Tsundere~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, on faktycznie trochę tsunderowaty jest! Ale nawet go za to lubię, nadaje mu to charakteru. No to jest taki Eric no, jak się nie powścieka, to nie jest sobą, ale wiem, że tak naprawdę to dobry chłopak. :)

      Usuń
  2. super opisałaś tę w sumie dość banalną historyjkę (tj. zaginięcie Kena), masz talent dziewczyno...trzymaj tak dalej, baw się, doświadczaj i podbjaj tę Repoblic of China :))

    OdpowiedzUsuń
  3. niesamowite, unikalne fotki i super opis, congratulations :)

    OdpowiedzUsuń